Blog > Komentarze do wpisu

Piosenka jest dobra na wszystko:)

Bo tak jest. I to niepodważalna teza, dowiedziona nawet przez samych naukowców. 

Są piosenki, które „chodzą za nami” cały dzień, usłyszane gdzieś z rana. Są piosenki, które odgrywają dla nas rolę talizmanu, są też i takie, które z czymś nam się kojarzą, albo mają dla nas osobiste znaczenie. Ale są przede wszystkim piosenki, które nas fascynują i sprawiają, że chcemy się im bliżej przyjrzeć, zatopić się w nich, przykuwają naszą uwagę, zachwycają, oczarowują i mają w sobie to coś.

Piosenka francuska jest jak płynąca rzeka. Melancholijna i niezwykle magiczna. Ale mówię tutaj o tej dawnej piosence francuskiej. O tej, która narodziła się tuż po wojnie, kiedy zaczynały wchodzić na rynek muzyczny płyty. To regionalna odmiana poezji śpiewanej i piosenki autorskiej, o niezwykłym melodyjnym zabarwieniu muzycznym, w którym wcale dużo instrumentów nie musiało brać udział.

Chyba każdy z nas kiedyś zetknął się z piosenką francuską. Usłyszał chociaż raz jakiś jej fragment. Co sobie pomyśleliście, czy zrobiła ona na Was jakiekolwiek wrażenie?
Tak było i ze mną, gdy usłyszałam w radio zmontowany duet Adrea Bocelli i Edith Piaf w przepięknej piosence autorstwa Piaf „La vie en rose”. I wtedy się zaczęło. Słuchałam ją z milion razy i rozkładałam na czynniki pierwsze. Jednak magia, jaka z niej wypływa jest nie do opisania.
Wrażenie ogromne.

Tym chętniej przedstawię sylwetkę prekursorki piosenki francuskiej, Edith Piaf.
Odegrała ona ogromnie inspirującą rolę dla nadchodzącego pokolenia młodych artystów, których dopiero można uznać za właściwych reprezentantów gatunku. Kilku z nich pomogła, ułatwiając start artystyczny.

19 grudnia 1915 roku przyszła na świat Edith Giovanna Gassion. Imię dla małej Edith wybrała matka. Nazwała ją tak na cześć zastrzelonej przez Niemców dzielnej brytyjskiej pielęgniarki. Podczas gdy ojciec Edith walczył na froncie, Aneta Maillard oddała dziecko pod opiekę swojej matki i opuściła je.

Edith stała się na pewien czas dzieckiem ulicy, zaniedbywana przez babcię. Kiedy ojciec wrócił z frontu, razem występowali na ulicach Paryża. Mała Edith była zmuszana do występów akrobatycznych, których nie znosiła. Pewnego dnia zamiast wykonać swój popisowy numer, salto mortale, zaśpiewała Marsyliankę i po raz pierwszy naprawdę poruszyła swoją publiczność. Można powiedzieć, że tu właśnie zaczęła się jej kariera.

Potem mała Edith pozostała przez pewien czas pod opieką babci ze strony ojca, która prowadziła dom publiczny w Normandii. Dziewczynka była rozpieszczana przez „personel” i czuła się tam dobrze. To w tym okresie przeszła też poważną chorobę oczu. Przez pewien czas była niewidoma, co, jak później twierdziła, bardzo ją uwrażliwiło i pomogło inaczej postrzegać muzykę. Wzrok odzyskała w wieku siedmiu lat.


Mając lat piętnaście śpiewała w koszarach wojskowych, a później w okolicach placu Pigalle. Tam przeżyła pierwszą miłość i urodziła córeczkę, która jednak zmarła w wieku dwóch lat. Edith mogła znowu poświęcić się całkowicie śpiewaniu.


Fenomenalny głos. Ostry, charakterystyczny, rażący, elektryzujący odziedziczyła po przodkach ze strony matki, którzy pochodzili z Afryki, wypasali owce. Stąd ta siła i stereofonia w jej głosie.
Jej kariera zaczęła się na dobre, kiedy zauważył ją i zaprosił do współpracy Louis Leplée. On też wymyślił pseudonim artystyczny Edith, przy którym pozostała do końca życia: La Môme Piaf (co w paryskiej gwarze oznacza wróbelka).



 

Kariera Edith Piaf stanęła pod znakiem zapytania, kiedy jej mentor został zamordowany. Spotkała jednak na swojej drodze innego wielbiciela jej talentu. Zakochany w Piaf Raymond Asso pokierował dalej jej karierą.
W styczniu 1937 roku nagrała pierwszą piosenkę „Mon légionnaire”. W 1940 roku rozpoczęła współpracę z ważnym dla jej kariery kompozytorem Michelem Emer. Powstał wtedy „L’Accordéoniste”.
Jako że wszyscy jej tekściarze walczyli na wojnie, Piaf z konieczności zaczęła sama pisać swoje piosenki, które ze względów formalnych (nie była członkiem francuskiego Stowarzyszenia, którym przysługiwały prawa autorskie) ukazywały się pod pseudonimami.
Bardzo nad sobą pracowała. Braki w wykształceniu nadrabiała chodząc na wybitne spektakle teatralne, słuchała Beethovena, Mozarta – można powiedzieć, że po prostu ich odkryła, zachwycała się nimi. Poza tym mimo ukończonych tylko kilku klas szkoły powszechnej sprawiała wrażenie osoby bardzo inteligentnej. I taka też była. Mądra, z charakterem pisma inteligentnego faceta. Listy, które pisywała do Jeana Cocteau były niezwykle poetyckie, równiutkim drobnym pismem. Dopiero później, gdy zdała specjalistyczny egzamin teksty mogła podpisywać własnym nazwiskiem. W 1945 roku powstał jeden z jej najpiękniejszych i najbardziej uznanych tekstów „La vie en rose”.
Piosenka ze swoją historią, jak się okazuje. Był czas wojny. Przyjaciele Piaf, pianiści – Żydzi, nadzwyczaj widoczni semici, ukrywali się w jej tzw. domu schadzek, do którego przychodzili różni znajomi Piaf. Właścicielka wynajęła im całe piętro z dwoma fortepianami. Tam grali, śpiewali. W tym czasie Piaf przechodziła swój zły okres – samotność. Pewnego dnia przyszła do niej jakaś mało znana piosenkareczka Michelle, która poprosiła ją, by napisała dla niej jakąś piosenkę. Napisała „La vie en rose”, którą z kolei do swojego repertuaru dołączyła dopiero w pierwszym turnee po USA.
Podbój Ameryki nie był jednak łatwy. Przyniósł jednak Edith nie tylko sukces międzynarodowy, ale i nowe przyjaźnie. To tam poznała swoją wieloletnią przyjaciółkę Marlene Dietrich i miłość życia, boksera Marcela Cerdan. Miłość ta niestety od początku napotykała wiele przeszkód (Cerdan był żonaty), a zakończyła się tragiczną śmiercią boksera w katastrofie lotniczej. Jeśli zaś chodzi o przyjaźń z Marlene - była to przyjaźń niezwykle burzliwa ze zdrową rywalizacją. Spotkania dwóch różnych charakterów - spontanicznej i ciągle poszukującej miłości Edith Piaf oraz wyniosłej i chłodnej Marleny Dietrich.
Co ciekawe Dietrich w swoich wspomnieniach wyraża się całkiem inaczej o Piaf. Zawsze powtarzała, iż Piaf nie nadawała się na prawdziwą przyjaciółkę, bo wolała kochać kolejnych swoich amantów i im poświęcać czas, niż delektować się jej przyjaźnią. Zważywszy, iż Dietrich była niezwykle inteligentną kobietą, a Piaf posiadała tylko głęboką ludową mądrość i piekielną intuicję, można stwierdzić, że Marlene była trochę w tych swoich osądach niesprawiedliwa.
Edith była zachłanna na wciąż nowe przeżycia i doświadczenia. Ciekawa historia wiąże się z piosenką "Milord". Tekst napisał Georges Moustaki. Przyjechał on do Paryża z gitarą, grał w jakiś klubikach. Będąc na którymś recitalu Piaf ktoś ich sobie przedstawił. Mieszkała wówczas przy Bulwarze Lane. Wieczorem zbierały się u niej tłumy przyjaciół i twórców. Zaprosiła go do siebie. Zaczął się między nimi romans. Pojawił się u jej boku, jako przyjaciel któremu ona chce pomóc. Siedzieli pewnego wieczoru w kawiarni i Piaf poprosiła go, by coś dla niej napisał. Ten nie mógł wpaść na pomysł, aż na serwetce zapisał słowo "milord". Edith podchwyciła to mówiąc o najsmutniejszym mieście świata - Londynie.

W 1951 roku Edith Piaf przeżyła dwa wypadki samochodowe, które zaważyły na jej dalszym życiu. Ponieważ ogromny ból nie pozwoliłby jej śpiewać, musiała ratować się coraz silniejszymi środkami przeciwbólowymi, od których z czasem się uzależniła. Wiedziała, że jeśli uwolni się od lekarstw, nie będzie w stanie już stanąć na scenie, a tego by nie zniosła. Do końca nie zrezygnowała ze swojego najważniejszego narkotyku – ze śpiewu.

W 1960 roku Edith Piaf wyśpiewała swój muzyczny testament „Je ne regrette rien”. Choć nie była autorką tych słów, w pełni się z nimi identyfikowała. Była już bardzo schorowana, choć miała zaledwie 45 lat.

Podczas ciężkiej choroby poznała swojego gorącego wielbiciela, młodego fryzjera pochodzenia greckiego, który marzył o karierze piosenkarza. Za namową Piaf Théophanis Lamboukas przyjął pseudonim Theo Sarapo. Theo był jej drugim mężem (wzięli ślub w kościele prawosławnym i w urzędzie) i ostatnią wielką miłością w życiu artystki. O swojej miłości zaśpiewali światu w pięknym duecie „A quoi ça sert l’amour”. To ostatnia już piosenka Piaf opowiadająca o miłości.
Edith Piaf odeszła 1963 roku, przyczyną śmierci był rak wątroby.

Dziesiątego października minie pięćdziesiąta pierwsza rocznica śmierci tej wielkiej artystki. Kobiety specyficznej, indywiduum, które kochały miliony. Artystka określana mianem wulkanu. Niewielkiej postury i wzrostu, wychodziła na scenę i po prostu śpiewała akcentując tekst niezwykłym balansem ręki. Mowa ciała na scenie unosiła jej całą wymowę i głębię.

Postać o dziwnej, czasami zaskakującej biografii, której splot wydarzeń nadał swój charakter.

Dzisiaj, niektóre piosenkarki próbują ją naśladować. Ale Edith Piaf była tylko jedna i niech tak zostanie.



poniedziałek, 27 stycznia 2014, toksiazki12
Tagi: Edith Piaf

Polecane wpisy