Kategorie: Wszystkie | Recenzje Agi
RSS
czwartek, 06 marca 2014

Niespodziewanie postanowiła zejść ze sceny. Nie udziela wywiadów i unika prasy. Dlaczego „Czarny Anioł” zamilkł?

Gdy pani Ewa, gwiazda Piwnicy pod Baranami, otulona w czarny płaszcz szła ulicami Krakowa, nikt nawet nie śmiał się do niej zbliżyć. Wszyscy tylko patrzyli z nabożeństwem. Była prawdziwą gwiazdą.”

 

To sceniczne przezwisko ("Czarne Anioły" to tytuł jej piosenki do tekstu Wiesława Dymnego) nadali artystce zachwyceni dziennikarze. Miała niewiele ponad 20 lat, gdy zstąpiła na estradę i mrocznym, charakterystycznym głosem zaczęła czarować widownię: "Grand Valse Brillant", "Groszki i róże", "Rebeka", "Karuzela z madonnami".

http://www.youtube.com/watch?v=8dzKqeWzDWg

Na festiwalu w Opolu w 1963 r. zgarnęła wszystkie nagrody. Miała to "coś", co sprawiło, że na jej koncerty przychodziły tłumy, które milkły, gdy pojawiała się na scenie. W obowiązkowej czerni, za całą ozdobę mając spojrzenie wielkich, mocno umalowanych oczu.



"Druga Edith Piaf", mówiono o niej. Sam dyrektor paryskiej Olimpii klęczał przed nią, by dla niego śpiewała. Olśniła publiczność Paryża. Zresztą na całym świecie podnosiła widzów do owacji na stojąco. Ciekawe, co by było, gdyby nie śpiewała po polsku - zastanawiano się. W 1976 r. zrezygnowała z występów w "Piwnicy". Chciała czegoś więcej. Ale zamilkła.

Co robi teraz? Nie wiadomo. Wywiadów zawsze unikała jak ognia. Dziennikarzy odprawiała z kwitkiem, ale czasem, wyjątkowo, godziła się po występie na krótką rozmowę z wielbicielami jej talentu. Jeszcze w 2000 r. dawała koncerty, np. w Krakowie, Gdańsku. Potem śpiewała coraz bardziej nieregularnie. Czy jest nadzieja, że o niej jeszcze usłyszymy?

 

Urodzona w Krakowie. Śpiewała od dziecka. Ale chciała zostać pianistką. Nie starczyło jej konsekwencji - ze szkoły muzycznej przeniosła się na architekturę. Ostatecznie ukończyła szkołę teatralną. Śpiewać publicznie zaczęła w 1961 r. w kabarecie krakowskiej Akademii Muzycznej Cyrulik. Tam zobaczył ją Piotr Skrzynecki i nie zastanawiał się długo.

Demarczyk zadebiutowała w Piwnicy pod Baranami w programie "Siedem dziewcząt pod bronią", wywołując zachwyt "Karuzelą z madonnami". Już jako gwiazda Piwnicy wystąpiła w 1963 r. na I Krajowym Festiwalu Piosenki Polskiej w Opolu i za wykonanie "Karuzeli z madonnami", "Czarnych aniołów" oraz "Takiego pejzażu" zdobyła prawie wszystkie najważniejsze nagrody. W 1964 r. na Międzynarodowym Festiwalu Piosenki w Sopocie dostała drugą nagrodę za "Grande Valse Brillante".

Każdy, kto zobaczył Demarczyk śpiewającą, natychmiast wiedział, że jest niebywałą osobowością sceniczną. Kiedy stawała przed mikrofonem w czarnej, prostej sukience, z mocno umalowanymi oczami, oświetlona punktowym światłem na pogrążonej w mroku scenie, publiczność milkła zahipnotyzowana. Przed występem ponoć zawsze miała tremę. Paliła jednego carmena za drugim. Na scenie już nie było widać cienia wątpliwości.

Pojawiły się propozycje koncertów za granicą. Na początek paryska Olimpia. Zdobyła ją szturmem. Pełna sala, entuzjastyczne recenzje. Podobno szef Olimpii, Bruno Cocatrix, klęczał przed nią, żeby śpiewała tylko dla niego. Sukces w Paryżu otworzył jej drogę na najważniejsze światowe sceny. Śpiewała w Carnegie Hall w Nowym Jorku, Chicago Theatre, Queen Elizabeth Hall w Londynie i Theatre Cocoon w Tokio, w Brazylii, Australii, Izraelu, Kanadzie. Wystąpiła w Genewie (z okazji 20-lecia ONZ), na Noordseefestival w Belgii, Musique aux Champs-Elysees w Sztokholmie, Światowym Festiwalu w Varadero na Kubie, na austriackim Wiener Festwoche, Mondial du Theatre w Nancy, Orfeo de Oro w Bułgarii, festiwalu w Rio de Janeiro, czy w rumuńskim Braszowic.

Coraz trudniej przychodziła jej współpraca w Polsce. Słynęła z wymagań wobec współpracowników. Od muzyków oczekiwała, aby wszystkie utwory znali na pamięć. Światło na scenie mogło być skierowane tylko na nią. W końcu po dziesięciu latach rozstała się ze swoim kompozytorem, Zygmuntem Koniecznym. Oskarżyła go, że chciał zniszczyć jej głos, bo napisał piosenkę o pół tonu wyżej niż zwykle.

Potem odeszła z Piwnicy pod Baranami. Wiadomo, że skonfliktowała się z Piotrem Skrzyneckim. O co dokładnie poszło, nikt nie wie.

Po zerwaniu z Koniecznym Demarczyk sięgnęła po kompozytora, z którym współpracowała już od pewnego czasu - Andrzeja Zaryckiego.

Pod koniec lat 90., mimo że jeszcze koncertowała i prowadziła teatr w Krakowie, coraz bardziej oddzielała się od świata. Ambicja, by utrzymać jak najwyższy poziom, sprawiła, że nie przyjmowała propozycji okolicznościowych koncertów, czy występów w telewizji. Nie ufała nikomu, wszystkich podejrzewała o zmowę przeciwko sobie. Narzekała, że została zaszczuta jako człowiek i artystka. Jako przykład przywoływała plotki, że współpracowała z SB.

Większość byłych współpracowników nie ma wątpliwości, że Ewa Demarczyk jako piosenkarka zamilkła na zawsze. Szkoda, bo tak charakterystyczne Artystki zawsze u progu sławy i wielkiej kariery milkną w swoim dziwnym wyimaginowanym świecie.



20:18, toksiazki12
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 18 lutego 2014

OGIEŃ NIE KOBIETA. UŚPIONY WULKAN PEŁEN EMOCJI I KOBIECEGO SEKSAPILU.

 

Największa i najbardziej rozpoznawalna polska skandalistka lat 60 – tych i 70 – tych minionego stulecia. Była i jest damą polskiego kina.

 

Aktorka i piosenkarka - legenda polskiego kina. Niekwestionowany symbol seksu. Czarowała spojrzeniem sarnich oczu, zmysłowymi ustami kuszącymi obietnicą pocałunków, smukłą talią, biustem... Szokowała, po prostu.

Stworzyła znakomite kreacje, dużą popularność zdobyła dzięki licznym występom w telewizji, m. in. w „Kabarecie Starszych Panów”.

 

5 lutego skończyłaby 83 lata. Kto?

Kalina Jędrusik.

Jej prowokacyjne słowa i kreacja wampa, tak często brane poważnie, były świadomym tworzeniem wizerunku, którego nie powstydziliby się dzisiejsi spece od sprzedaży masowej kultury.

 

Córka przedwojennego senatora. Urodziła się w 1930 roku, miała jeszcze brata i siostrę. Odbiegała od wyobrażeń klasycznej panienki z dobrego domu. Kiedy trzeba było, potrafiła zakląć jak ulicznica. Ale to nie było to samo, co dzisiaj się słyszy na ulicy, zamiast przecinków.

Nieśmiała i strasznie staroświecka z obfitym biustem sięgającym niemal po zęby i oczami młodej sowy. Mówiąc wprost - była ponętna.
Po ukończeniu krakowskiej PWST dostała angaż w Teatrze Wybrzeże. Kierownikiem literackim sceny był Stanisław Dygat, uznany pisarz.

Dygat, choć miał już żonę i 9-letnią córkę, uległ urokowi młodziutkiej aktorki. Codziennie oglądał ją z loży, a po występie przynosił kwiaty. Wreszcie na sylwestrowym balu dopiął swego. Rozwiódł się z żoną, długo nie utrzymywał żadnych kontaktów z córką, byle tylko zatrzymać Kalinę przy sobie. 17 lipca 1958 roku wzięli ślub.

Małżeństwo autentyczne, bo bez grama obłudy i kłamstwa, na wzór tej z literatury amerykańskiej, a nie z naszej rzeczywistości. Jedno jest dziś pewne – Dygant stworzył dla nas Pierwszą Madonnę PRL-u, która promieniowała światłem. Para nie tylko błyszczała na salonach, ale też mocno szokowała nawet tych bywalców, którzy nie stronili od dobrej zabawy. Dygatowie zawsze prowadzili dom otwarty. Spotykały się w nim dwa światy: intelektualiści - przyjaciele Stanisława Dygata oraz artyści, przede wszystkim aktorzy z kręgu przyjaciół Jędrusik. Nad pięknymi umysłami i pięknymi twarzami królowała jednak tylko ona - Kalina.

Miała opinię wampa, budząc sensację szczególnie wśród żon partyjnych urzędników. Narażona była zwłaszcza na niechęć Zofii Gomułkowej po tym, jak wystąpiła w Stoczni Gdańskie w audycji dla robotników, z krzyżykiem z granatów na szyi, który dostała od męża.

Uwielbiała prowokować, tworzyć wokół siebie aurę luksusu dostępnego dla wybranych.
Bujne życie erotyczne, częsta zmiana partnerów, ostre słowa. Co na to wszystko Stanisław Dygat? Wiedział o przygodach żony i... zezwalał na nie. Było ono wynikiem zawału, który Dygat przeżył w dość młodym wieku. Wówczas lekarze zasugerowali mu, by zapomniał o życiu erotycznym.

Na początku związku z Dygatem aktorka zaszła w ciążę, urodziła córeczkę. Jednak dziecko, które przyszło na świat jako wcześniak, było zbyt słabe, umarło. Jędrusik przeszła wtedy ciężką operację, po której dowiedziała się, że już nigdy nie będzie mieć dzieci. Według Agnieszki Osieckiej było to nie tylko tragiczne, ale też przełomowe wydarzenie w życiu aktorki, która – jak sugerowała poetka – „”Czuła, że nie jest w sposób naturalny kobietą i jakby grała tę kobiecość". Seksapil Kaliny Jędrusik stał się przerysowany, nawet trochę farsowy, jakby bawiła się rolą wampa - na scenie, w filmie, kabarecie, w życiu.

Dygatów rozdzieliła śmierć. W 1978 roku pisarz zmarł na zawał serca. Ku zaskoczeniu wszystkich w Kalinie Jędrusik dokonała się olbrzymia przemiana. Biegała na msze, śpiewała pieśni religijne... swingując i kręcąc przy tym biodrami. Nie dostawała ciekawych propozycji zawodowych.
Jej ostatnią filmową rolą była postać nauczycielki śpiewu w obrazie Krzysztofa Kieślowskiego "Podwójne życie Weroniki" w 1991 roku.

Nie urządzała już hucznych przyjęć, poza skromnymi spotkaniami w rocznicę śmierci Dygata, na których stawiali się najwytrwalsi przyjaciele pisarza. Dom Dygatów, kultowe miejsce na mapie Warszawy, zaczął z roku na rok pustoszeć. Przybyło w nim jednak zupełnie innych lokatorów. Kalina Jędrusik zaczęła otaczać się psami i kotami, które zawsze kochała. Jednak z uwagi na swoją astmę nie powinna była mieć bliższych kontaktów ze zwierzętami. Nie słuchała ostrzeżeń lekarzy. Zaczęła się leczyć dopiero po groźnym ataku choroby w styczniu 1991 roku. Było już za późno. 7 sierpnia przyszedł kolejny atak, którego aktorka już nie przeżyła.




19:39, toksiazki12
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 27 stycznia 2014

 

Anna German powraca w całej swej osobie, jako wspaniała kobieta, autorka tekstów, książek, ale przede wszystkim jako wielka Artystka, światowej klasy. Żadna inna polska piosenkarka nie brała nigdy udziału w tylu prestiżowych festiwalach. Występowała na festiwalach w Monte Carlo, Wiesbaden, Bratysławie, San Remo, Neapolu, Cannes i Sopocie. Niezwykle skromna, o specyficznej urodzie, wdzięku i barwie głosu.

 

Najpopularniejsza warszawianka roku 1970 r.

 

Niechętnie mówiła o sobie, rzadko udzielała wywiadów. Wrażliwa na ludzi, piękno otaczającego ją świata, przyrody. Jej piosenki właśnie takie są – przepełnione tą wrażliwością, sensualnością. Dzisiaj już się tak nie śpiewa, żadna szkoła muzyczna nie uczy śpiewu w takich barwach, jaką posługiwała się Anna German. No i dzisiaj nie ma już takich artystów, którzy śpiewaliby o tak pięknych rzeczach, o jakich śpiewała właśnie Anna German.

 

Za sprawą serialu, błędnie nazywanego biograficznym, wybuchł spór o to, kto powinien nazywać Annę German „swoją” gwiazdą.

Czy Rosjanie, dla których Anna German była, przez te trzydzieści jeden lat, wielkim objawieniem, ciągle goszczącym na listach przebojów, dla których serial miał być swoistym hołdem oddanym Artystce, czy Polacy, którzy o Annie German przypomnieli sobie dzięki serialowi?

 

Nasza, Wasza? Kto tak naprawdę ma prawo nazywać Ją „swoją”?

Chyba tylko rodzina. Mąż, który nigdy ponownie nie ożenił się. Matka, która już nie żyje, a zawsze broniła godności, dobrego imienia córki, pomogła zięciowi wychować jedynego syna Anny i Zbigniewa.

 

Dyskusja powraca.

Jest wyrazem tego, że tak naprawdę nie jest nam obojętna, Artystka przypomina o sobie bardzo wyrafinowanie i wyjątkowo, nie tylko w myślach, ale przede wszystkim w sercach.

 

W biografii Anny German, musiały się zmieścić różne ojczyzny i kultury, krzyżowały się one w ciągu jej zbyt krótkiego życia. Artystka, której każde chwile sukcesów okupione były licznymi nieszczęściami. Trudno mi jest, tak naprawdę, wyobrazić sobie, kim była Anna German, żyjąca w tak wielu różnych światach.

 

Urodziła się 14 lutego 1936 r. w Urgenczu w Uzbekistanie. Jej matka, Irma Berner (z domu Martens), pochodziła z rodziny holenderskich menonitów, przybyłych niegdyś z Niderlandów do Prus Wschodnich. Ojcem Anny był natomiast Eugeniusz German (po niemiecku Eugen Hoerman, a po rosyjsku Jewgenij German) - niemiecki buchalter pracujący w łódzkiej piekarni - wówczas jeszcze carskiej Łodzi.

 

Irma poznaje uciekającego przed NKWD Eugeniusza na granicy irańskiej, w 1935 roku. Dwa lata później ojciec malutkiej Anny German, zostaje aresztowany i rozstrzelany, pod zarzutem szpiegostwa. Matka Anny, tuż po aresztowaniu męża, dowiaduje się, że jest w drugiej ciąży, na jednej z ulic rodzi syna.

 

Koniec wojny. Nowa Ruda, a od 1949 r Wrocław.

Anna German uczęszczała do VIII Liceum Ogólnokształcącego im. Bolesława Krzywoustego we Wrocławiu, które ukończyła w 1955 r. W styczniu 1962 r. uzyskała tytuł magistra geologii, na Uniwersytecie Wrocławskim. Studia ukończyła z wyróżnieniem.


Jako piosenkarka debiutowała w 1960 r., we wrocławskim Kalamburze. W 1963 roku wzięła udział w III Międzynarodowym Festiwalu Piosenki w Sopocie, gdzie zdobyła II nagrodę w dniu polskim za utwór „Tak mi z tym źle”.


Natomiast w 1964 r. zdobyła drugą nagrodę na Festiwalu Piosenki w Opolu śpiewając piosenkę „Tańczące Eurydyki”. Za tę samą piosenkę dostała nagrody podczas Międzynarodowego Festiwalu Piosenki w Sopocie w 1964 r.


Podczas III Festiwalu Piosenki w Opolu w 1965 r. zdobyła I nagrodę za piosenkę „Zakwitnę różą”. W tym okresie poznała przyszłego męża – Zbigniewa Tucholskiego.

To był bez wątpienia ciężki czas. Inwigilacja ludzi kultury przez specsłużby bloku wschodniego kwitła. Pod ich lupę wpadła między innymi piosenkarka. Pod ścisłym nadzorem znajdowali się także filmowcy, aktorzy, czy członkowie zespołów muzycznych.

Rosjanie byli szczególnie zainteresowani Anną German, piosenkarką niezwykle popularną w ZSRR, której kariera szybowała nie tylko w Polsce, ale także i we Włoszech.



Festiwal w San Remo „Gwiazda zaczyna wschodzić”.


W 1966 r. podpisała trzyletni kontrakt z włoską firmą fonograficzną CDI. W 1967 r., jako pierwsza i jedyna w historii polska artystka zaśpiewała na XVII Festiwalu San Remo, a także jako pierwsza cudzoziemka na XV Festiwalu Piosenki Neapolitańskiej.

Wszędzie wyczekiwana, rozpoznawana, witana przez tłumy fanów.

W 1967 r., wracając z koncertu we Włoszech, uległa wypadkowi samochodowemu na Autostradzie Słońca. Przytomność odzyskuje po czternastu dniach, zaczyna docierać do niej świadomość. Absolutny bezruch, potworny ból.

Po powrocie do kraju rozpoczyna się trzyletnia walka o zdrowie, powrót do pełnej sprawności. Kciuki za jej życie trzymała cała Polska. Podczas rehabilitacji napisała książkę biograficzną, pt. „Wróć do Sorrento?”, w której wspominała swoją karierę oraz pracę artystyczną we Włoszech. Pisze teksty do swoich przyszłych piosenek.

Na scenę powróciła dopiero w 1970 r. piosenką i płytą, pt. „Człowieczy los”.
W czerwcu 1970 r. pojawiła się znowu na Festiwalu Piosenki w Opolu. Zdobyła tam nagrodę właśnie za piosenkę „Człowieczy los” oraz „Być Może”.

W 1971 r., także na festiwalu w Opolu, otrzymała nagrodę publiczności za „Cztery Karty”.

23 marca 1972 r. Anna German zawarła związek małżeński ze Zbigniewem Tucholskim. Oboje byli członkami Kościoła Adwentystów Dnia Siódmego. 27 listopada 1975 r. urodził się ich syn Zbigniew. Z powodu macierzyństwa German na rok zawiesiła swoją działalność artystyczną.

Artystka wielokrotnie występowała na Festiwalu Piosenki Żołnierskiej w Kołobrzegu oraz na Festiwalu Piosenki Radzieckiej w Zielonej Górze.
Jej ostatnia polska płyta została zarejestrowana w 1979 r., a ostatnia w języku rosyjskim w 1980 r.

Choroba nowotworowa została wykryta w połowie lat 70. Mimo wczesnej diagnozy i późniejszych cierpień, nie chciała się leczyć. Pod koniec lat 70, Anna była już bardzo chora. Mimo tego pojechała na koncert do Pałacu Zjazdów w Moskwie.

Wszyscy wówczas wierzyli, że wyzdrowieje, tak, jak po wypadku samochodowym we Włoszech, że Bóg da jej drugą szansę. Będąc w zaawansowanym stadium choroby komponowała psalmy i pieśni poświęcone Bogu. Wykonywane utwory zapisywała na domowym magnetofonie. Zapowiedziała, że jeśli Pan Bóg pozwoli jej wyzdrowieć, to pozostałe artystyczne życie poświęci właśnie Jemu.

Ostatni raz zaśpiewała w Melbourne w Australii, 5 października 1979r.

W te ostatnie miesiące spotykała się z Księdzem Janem Twardowskim, zaprzyjaźnili się. Mówili o wszystkim, także o muzyce i poezji. Ksiądz Twardowski nigdy nie chciał mówić publicznie o Annie German, było to dla niego zbyt ważne i silne przeżycie.



Po dwóch latach, przegrała walkę z ciężką chorobą. Zmarła w nocy - z 25 sierpnia/26 sierpnia 1982 r., w warszawskim Szpitalu Klinicznym przy ulicy Szaserów.


 

Tak krucha, delikatna, wrażliwa osoba musiała znieść tyle cierpienia. Jak się okazuje z pokorą, bez użalania się nad sobą i narzekania.

Dzisiaj słuchając Jej piosenek, po prostu włosy się jeżą, bo takich piosenek już nie ma. Słucha się ich inaczej. Niezwykle melodyjne, wpadające w ucho, skłaniają do głębszej refleksji.

Nad wszystkim – życiem, światem, nad obejrzeniem się za siebie.

Skłaniają, by pochylić się, wziąć głębszy oddech, odczekać chwilkę i iść dalej.

Ale iść nie biec.

 

Los pięknej, utalentowanej kobiety tak krótko trwał.

 



10:16, toksiazki12
Link Dodaj komentarz »
Ekranowa femme fatale, arystokratka dusz, burżujka wielbiąca blichtr, biżuterię, drogie cacka. Prekursorka malowania paznokci od stóp na czerwono oraz słynnego turbanu, przylegającego ściśle do głowy. Jedyna Polka, która zapisała się na kartach historii światowego kina.


Gwiazda Hollywood.
Pola Negri - Barbara Apolonia Chałupiec.
Lipno, miasteczko w zachodnio – pomorskiem. Przed wojną mieszanka ludności polskiej, rosyjskiej i w znacznej mierze żydowskiej (40 %).

 
Apolonia Chałupiec urodziła się 3 stycznia 1897. Mama Eleonora Kiełczewska była służącą, tata Jerzy (w źródłach Juraj) - słowacki cygan,10 lat młodszy od żony, przywędrował do Polski za chlebem i zajmował się tym, co robili wówczas cyganie – kotlarstwem. To po nim córka odziedziczyła czarne lśniące włosy i …... spojrzenie.

Całe życie trwała przy niej matka (była jedynaczką). Kiedy w 1902 roku Rosjanie aresztowali i zesłali na Sybir ojca Poli, matka wraz córką przeprowadziły się do Warszawy. Tam zaczęła uczęszczać na lekcje tańca oraz gry aktorskiej. Od najmłodszych lat matka przekonywała ją o jej ambicji, urodzie, uzdolnieniach. Wpoiła żądzę sukcesu, snobizm, a także dążenie do osiągnięcia statusu gwiazdy i wielkiej damy. Ukończyła szkołę baletową i teatralną.

W 1908 roku zadebiutowała w "Jeziorze łabędzim", a następnie wystąpiła w balecie "Coppelia". Gdyby nie gruźlica, zostałaby tancerką. Intensywna kuracja w Zakopanem przyniosła pożądane efekty. Wśród górskich krajobrazów Pola dużo czytała. Szczególnie spodobał się jej zbiorek wierszy Ady Negri „Niedola - Burze’’ w przekładzie Marii Konopnickiej. Ta włoska poezja tak przypadła do gustu młodej artystce, że od nazwiska autorki przybrała potem swój pseudonim sceniczny. Ale choroba krzyżuje plany i Apolonia zostaje aktorką.

Swój warsztat artystyczny rozwijała pod okiem Honoraty Leszczyńskiej. W 1911 roku, dzięki poparciu zastępcy dyrektora Warszawskich Teatrów Rządowych, Kazimierza Hulewicza dostała się do Szkoły Aplikacyjnej – aktorskiej. Już po roku zadebiutowała jako Pola Negri na deskach Teatru Małego. Jej pierwszą rolą była postać Anieli w "Ślubach Panieńskich".

Piękna, sprytna, cwana, uzdolniona potrafiła chłopów owinąć koło palca, umiała dbać o własne interesy. Jej kariera idzie jak burza. Ulegają jej urokowi i pomagają bardzo wpływowi ludzie. Awansuje społecznie, przenosi się z matką ze slamsów na Bednarską.

KARIERA FILMOWA W NIEMCZECH.

Karierę filmową rozpoczęła w 1914 roku, produkcją "Niewolnica zmysłów" Jana Pawłowskiego. Wkrótce otrzymała miano pierwszego polskiego wampa ekranu. Po wybuchu I wojny światowej, filmy Hertza trafiły na rynek niemiecki. Kiedy na ekranach pojawił się film "Bestia", niemiecka prasa nazwała Polę Negri "polską Astą Nielsen".
W 1917 roku Negri wyjechała do Berlina, gdzie związała się z największą niemiecką wytwórnią filmową – UFA. W Deustches Theater, poznała gwiazdę kabaretu i reżysera, Ernsta Lubitscha. Reżyser, którego rozgłos, uznanie i sława obejmowały niemal cały świat, zaangażował Polę do swoich filmów. Sławę przyniosły jej takie produkcje, jak: "Oczom mumii Ma", "Carmen", czy "Madame Dubarry".
Filmy te uważane są za perełki kina niemego, a także za najbardziej wartościowe artystycznie obrazy w dorobku aktorskim Negri.

Słabość do arystokratów.
W czasie podróży do Berlina, w granicznym wówczas Sosnowcu, poznaje pierwszego męża,
Komendanta Straży Granicznej, hrabiego błękitnookiego Eugeniusza Dąbskiego. Po 12 randkach, oddaje mu swą rękę. W wieku 22 lat poślubia ukochanego w Katedrze Wniebowstąpienia NMP w Sosnowcu. Przez kilka miesięcy para mieszkała u rodziny Dąmbskich, w Sosnowcu. Małżeństwo nie trwało niestety długo.

SZCZYT KARIERY I BOGACTWA.
Po rozwodzie w 1922 roku, Pola emigruje do Stanów Zjednoczonych.
To najlepszy okres w jej życiu. Pięć lat bezkonkurencyjnego panowania na firmamencie.
W Paramouncie robi oszałamiającą karierę, rzuca Amerykę na kolana. W rozwoju kariery, Negri pomógł znany wszystkim Charles Chaplin. Wystąpiła w dwudziestu filmach. Widzowie mogli ją oglądać, między innymi w: "Cesarzowej", "Hotelu Imperial", "Bezwstydnej kobiecie", czy "Hiszpańskiej tancerce". W USA została gwiazdą kina niemego. Ponadto, ogromną popularnością aktorka cieszyła się nadal w Europie.

Nareszcie zarabia duże pieniądze - milion $ rocznie. Snobuje się na willę przypominającą Biały Dom, z czarną marmurową wanną w łazience. Posiada między innymi: skrzynkę biżuterii, również z kolekcji Habsburgów z diamentem w naszyjniku wielkości piłeczki golfowej.

Ogromne ilości strojów: 100 sukienek i tyleż pasujących pantofelków, poustawianych przez służbę równiutko w gotowości do wyjścia. W garderobie zajmującej całe piętro: 30 różnej maści etoli i futer, 4 limuzyny, 5 sekretarek, służbę w ilościach nie do policzenia. Inwestuje na giełdzie. Na wyjazdach wynajmuje w hotelach piętra,nie pokoje.
Odkuwa się za biedę dzieciństwa…i romansuje.

Z Chaplinem, z którym w roku 1923, najpierw się zderza. Dosłownie - samochodem.
Znajomość szybko się jednak kończy. Rozstali się egoiści - on ze skłonnością do depresji, zamykał się w sobie i w pokoju. Byli wrażliwi, a nawet przewrażliwieni. Okazało się, że każde kocha tylko siebie.
Z Rudolfem Valentino, poznanym na balu maskowym. Pola szaleje. Po latach pisze, że był miłością jej życia. Dwukrotnie żonaty, też pochodził z arystokracji - włoskiej, wprawdzie podupadłej, ale jednak. Ta znajomość zaczęła powolną klęskę Poli w Stanach. Gwiazdor umiera nagle w sierpniu 1926 roku, w wieku 31 lat w Nowym Jorku, gdzie promował swój nowy film Syn szejka”.
W 1927 roku Negri wraca do Europy, aby wyjść za mąż za gruzińskiego księcia Serge'a Mdivaniego. Aktorka nie odnosiła sukcesów w filmach dźwiękowych (powodem był zbyt silny akcent, niski głos). Wkrótce nosi już tytuł księżnej. Zamieszkują w Normandii w jej XVII-wiecznym pałacu, z 20 osobami służby, bo książę - oprócz tytułu i uroku osobistego - nie posiadał nic. Przeszedł na utrzymanie żony.
Ale to nie miało znaczenia. Pola nareszcie była w ciąży. Szczęśliwa,całkowicie poświęciła się tworzeniu rodziny. I tym razem, po chwilach ogromnej radości, znów przyszła rozpacz. Traci dziecko i męża.
Nigdy nie był jej wierny, a kiedy żona traci również wszystko w czasie krachu na Wall Street,
porzuca ją po czterech latach małżeństwa i szybko ponownie się żeni.
Pola wraca tam, gdzie zaczęła, do Niemiec.

PO KARIERZE.
 
Początek lat 30-tych.
Pola potrzebuje zajęcia. Jest już za “stara” na role, które były jej atutem - nieme wampy. Po demonstracyjnym opuszczeniu Niemiec przez Marlenę Dietrich - w proteście przeciw nazizmowi,
wakat po niej wypełnia Pola.

Produkcja "Na rozkaz kobiety" w reżyserii Paula L. Steina w Polsce został okrzyknięty filmem roku. W Niemczech Pola Negri była aktorką podziwianą i uwielbianą. Do grona jej wielbicieli należał sam Adolf Hitler. Plotkowano nawet o ich romansie.
Minister propagandy, Joseph Goebbels namawiał Negri, aby wystąpiła w filmie propagującym ideologię nazistowską. Aktorka zwlekała z odpowiedzią, jednak kiedy propozycja została powtórzona, uciekła do Francji.

Tam przebywała aż do wybuchu wojny. Potem przeniosła się do Portugalii, skąd powraca do USA. Wypływa z Lizbony z masową emigracją z Europy. Tymczasowe schronienie daje jej szwagier, David w jego letnim domu.

Sprowadza z Polski matkę. Nie jest już sama. Zamieszkują w dzielnicy dla ubogich i nie ma już nic. Nic z dawnej świetności. Jeszcze raz próbuje swoich sił w filmie. Gra w “Hi Diddle Diddle,” czy "The Moonspinners". Bez sukcesu.

 
I nagle w roku 1948 wszystko się odmienia. Pola wchodzi w związek ze znaną od dawna kompozytorką i milionerką, sukcesorką naftową - Margaret West. Ta porzuca męża i zamieszkuje z Polą. Wraca wszystko, co lubi Polina – LUKSUS.
W 1951 roku staje się Amerykanką. Rok później umiera jej 93-letnia matka.

W 1957 przenoszą się z Margo z Californi do San Antonio w Texasie, posiadłości rodzinnej West. W roku 1967 Margaret umiera. Dzięki niej, Pola nie martwiła się o nic. Osiadła w spokoju, bez szarpaniny. I co najważniejsze - dobrobycie. Była jak dobrze zaopatrzona żona. Pozostawioną w spadku przez Margo fortunę, Pola przeznacza na cele charytatywne. Znaczną część majątku otrzymują polskie siostry z zakonu Serafickiego w San Antonio oraz St. Mary Univesity Texas, który utworzył stypendium jej imienia.



W 1970 roku opublikowała swoje wspomnienia "Pamiętnik gwiazdy". 


Pola Negri zmarła 1 lipca 1987 roku. Miała 90 lat.




Tagi: Pola Negri
10:06, toksiazki12
Link Dodaj komentarz »
Żyję, jakbym cały czas czekała na ten właściwy tramwaj”.

Ma swoją gwiazdę na niebie i taką na ziemi, w Międzyzdrojach.
Filmy z jej udziałem ogląda się dziś z zachwytem, a jej umiejętności są i będą naśladowane przez wielu adeptów sztuki aktorskiej. Gdy zniknęła za Ocean, trochę o niej zapomniano. A szkoda.

Zachwycali się nią widzowie, dla których była ówczesną wersją "dziewczyny z sąsiedztwa" oraz krytycy, którzy dostrzegli zniewalający talent. Szybko okazało się, że to prawdziwa gwiazda. Propozycje atrakcyjnych ról komediowych i dramatycznych pojawiały się lawinowo.

O kim mowa?
O Elżbiecie Czyżewskiej. Tak pięknie sfotografowanej przez Zofię Nasiorowską. 
Na każdym zdjęciu, Elka – jak mawiali o niej znajomi, wyglądała jak gwiazda światowego formatu. I po części to prawda.

Niewiele jednak brakowało, by jej droga życiowa wyglądała zupełnie inaczej. Czyżewska nie pochodziła z rodziny z tradycjami artystycznymi. Jej matka z zawodu była krawcową, ojciec zginął w czasie wojny. Mieszkała z matką i siostrą Krystyną w Warszawie, gdzie panowały fatalne warunki bytowe. Bieda była też powodem, dla którego matka oddała ją na rok do domu dziecka, potem mała Ela uczęszczała do szkoły prowadzonej przez zakonnice. O swoim dzieciństwie nigdy nie rozmawiała, nawet z najbliższymi przyjaciółmi. Wielu znajomych aktorki było w szoku, gdy w 2007 roku zmarła jej siostra, Krystyna, co miało ogromny wpływ na psychikę gwiazdy.
Przyszła gwiazda złożyła papiery do Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej w Warszawie przez przypadek. W liceum chodziła na zajęcia recytatorskie, gdzie uczęszczała spora grupa młodych ludzi, którzy zdecydowali się zdawać na wymarzony wydział. Namówili na egzamin Elżbietę. Oni przepadli, Czyżewska została przyjęta.

Początki swojej kariery związała ze Studenckim Teatrem Satyryków u boku Agnieszki Osieckiej, Jarosława Abramowa i wielu innych wspaniałych gwiazd tego okresu. Prosto po dyplomie trafiła do zespołu Teatru Dramatycznego i rozpoczęła pęd ku karierze. Zagrała w 30 filmach, co dało jej status gwiazdy w ówczesnych realiach.
Była rozchwytywaną aktorką, która wcieliła się w wiele ról komediowych, m.in. „Małżeństwo z rozsądku” Stanisława Barei, „Giuseppe w Warszawie” Stanisława Lenartowicza i dramatycznych - „Rękopis znaleziony w Saragossie” i „Złoto” Wojciecha Hasa, „Wszystko na sprzedaż” Andrzeja Wajdy.
W owym czasie aktorka poślubiła reżysera Jerzego Skolimowskiego. Małżeństwo skończyło się jednak rozwodem w 1965 roku.

Po upadku” Arthura Millera aktorka zbierała hołdy i gratulacje na przyjęciu. Ubrana w tę samą suknię, w której wystąpiła w sztuce - długiej, białej, koronkowej z odkrytymi plecami wywołała zachwyt. Wtedy podszedł do niej wysoki, ciemnowłosy mężczyzna w okularach. Poprosił do tańca, a po jakimś czasie poprosił o rękę - David Halberstam, korespondent New York Timesa, laureat nagrody Pulitzera, który w swoich artykułach potępiał władze Wietnamu Południowego, walczące z komunistycznym Wietnamem Północnym. Dziennikarz został entuzjastycznie przyjęty w PRL.

13 czerwca 1965 roku otrzymała najcenniejszą w owym czasie dla aktorki nagrodę - Złotą Maskę. Tego też dnia ponownie stanęła na ślubnym kobiercu. Za mężczyznę, z którym wyjechała do Ameryki po tym, jak władze komunistyczne usunęły go za artykuł krytykujący rządy Władysława Gomułki.

Młodzi zamieszkali na Manhattanie, na 48. ulicy w trzypiętrowym domu z ogromnym tarasem i ogródkiem, w którym bywali: Robert Kennedy, Jane Fonda, Dustin Hoffman i oczywiście Arthur Miller.

Ela prowadziła bujne życie towarzyskie, wyprawiała przyjęcia, brylowała w towarzystwie, miała miłość człowieka, który był gotów spełnić każdą jej zachciankę. Ale do szczęścia brakowało jej jednego: aktorstwa.

Chodziła na kolejne przesłuchania, które kończyły się niepowodzeniem. Powód?
Akcent.
Kupowała książki, brała dodatkowe lekcje. Była świadoma, że każdy język ma swoją barwę, którą albo się zrozumie i nauczy, albo już do końca zostanie zaszufladkowana, jako osoba posiadająca obcy akcent.
 
W 1974 roku do NY przyjechał Andrzej Wajda, który w Yale Repertory Theatre reżyserował Biesy. Jedną z głównych ról powierzył Elżbiecie. Na próby przychodziła mało znana wtedy Meryl Streep, która była oczarowana aktorstwem Czyżewskiej.
W 1977 roku rozpadło się jej małżeństwo z Halberstamem. Przyjaciele aktorki twierdzą, że to Elżbieta zrobiła wszystko, by zniszczyć ten związek. Podczas gdy David próbował pracować, pisać książki, w salonie panowała wieczna balanga, a przez dom przewijały się tłumy gości. Dziennikarz w żaden sposób nie mógł wpłynąć na żonę. Dziec i nigdy nie chciała mieć, nie lubiła ich, i też nie miała.

W trakcie rozwodu nie obchodziła ją walka o pieniądze dla siebie na przyszłość, nie zabezpieczyła się finansowo. Pojawiły się kłopoty materialne, od których uciekała w alkohol. Już wtedy była uzależniona od nikotyny. Papieros stał się niemal nieodłącznym elementem jej wizerunku. 
 
Mimo problemów sama starała się pomagać wszystkim znajomym. Urszula Dudziak jest do dziś wdzięczna Czyżewskiej za kilka kreacji, które od niej otrzymała. Inni za możliwość przenocowania, zjedzenia obfitej kolacji, poznania z wpływowymi ludźmi.

Najgłośniejszą i najbardziej tajemniczą historią była jednak przyjaźń między Elżbietą a Joanną Pacułą, która bez pomocy znanej koleżanki po fachu nie zostałaby zauważona w Hollywood. Przyjaźń zakończona wielką awanturą, o czym nigdy nie chciała mówić żadna z nich. Historia okazała się na tyle inspirująca, że w 1987 roku Agnieszka Holland i Jurek Bogajewicz zrealizowali film „Anna”, nawiązujący do spotkania Czyżewskiej i Pacuły.

W miarę upływu czasu aktorka zdawała sobie sprawę, że niektóre rzeczy przemijają bezpowrotnie. Być może dlatego, choć w ciągu ostatnich 20 lat zagrała w kilku wybitnych polskich produkcjach, nigdy nie zdecydowała się wrócić do kraju na stałe. Po prostu, w Nowym Jorku czuła się wolna i niczym nieskrępowana.

Zmarła na raka przełyku w 2010r. Pogrzeb aktorki w Polsce odbył się w Warszawie. Pochowana została na Cmentarzu Wojskowym na Powązkach.


Była pierwszą wykonawczynią piosenki - songu „Kochankowie z ulicy Kamiennej” w przedstawieniu STS pt. „Bal maskowy” w grudniu 1958 roku.
Kolejna Polka, która miała okazję stać się wielką hollywoodzką gwiazdą, która przygasała stopniowo. Nieskazitelna uroda, multum możliwości, talent.
Czy to za mało?



„Ja nie chcę, żeby ludzie sobie pomyśleli, że jestem wyniosła” - W.G.
 
en_00944111_0007_1349690030
 
 
Niezwykły głos i niezwykle dramatyczny, wspaniały, pełen ekspresji sposób śpiewania. Najpopularniejsza pieśniarka przedwojennej Warszawy. Sama Nina Andrycz przychodziła na występy Gran, żeby się powzruszać. W czasie okupacji śpiewała w gettcie warszawskim. Po wojnie oskarżona o kolaboracje z Gestapo. Oczyszczona z zarzutów w Polsce. Procesowała się o rehabilitację wizerunku w Izraelu. Występowała we Francji, Szwecji, Kanadzie, Belgii, USA, itd. To była ta jej tułaczka po świecie. Osiadła na stałe w Paryżu, gdzie mieszkała do końca życia.
 
Tragiczny i dramatyczny życiorys Wiery Gran.
 
Bo gdy życie coś potarga, nie pomoże żadna skarga, nie pomoże nikt i nic” – śpiewała WIERA GRAN.
 
W pięćdziesiątą rocznicę wybuchu powstania, rok 1993:

 - Tęsknota jest i będzie, chyba. Nie mam ojczyzny. Podcięto mi korzenie. Wyjeżdżając z Polski odebrano mi obywatelstwo. Nie mogli mi wyjąć z duszy mojej przynależności, mojej miłości, wszystkiego co mnie łączy z Polską, absolutnie, to jest niemożliwe. Ale korzenie tzw. oficjalne – nie posiadam ich, odebrano mi obywatelstwo. To był warunek, żebym miała prawo do wyjazdu. Zapuścić korzeni, w pewnym wieku, może w bardzo, bardzo młodym jak się jest, to się wchodzi w środowisko kraju, w którym się mieszka i wtedy się zapuszcza korzenie. Ale w pewnym wieku, mając ten bagaż, jaki ja miałam sentymentalny do kraju, nie można zapuścić nowych korzeni, nie.

 
W swoim repertuarze miała tylko jedną piosenkę po żydowsku bardzo ładną, jak przyznała, ale w ogóle nie znała tego języka – Miałam parę piosenek bardzo ładnych hebrajskich. Wszystko było bardzo trudno się nauczyć, bo to trzeba się nauczyć fonetycznie. Specyficzna gimnastyka. Myśleć po polsku, usta wymawiają po hebrajsku, czy żydowsku, a interpretacja ma połączyć jedno z drugim.
 

19 listopada minie dziewiąta rocznica śmierci tej znakomitej artystki przedwojennej Warszawy, gwiazdy scen paryskich, jednej z najtragiczniejszych artystek minionego stulecia.
 
Ostatnie chwile spędziła w domu opieki prowadzonym przez polskie siostry zakonne przy klasztorze św. Kazimierza w Paryżu. Została pochowana na cmentarzu w podparyskiej miejscowości. Nie zostawiła testamentu, cały jej majątek przeszedł na własność państwa francuskiego.
 
Kim była, Wiera Gran?

Piękna kobieta obdarzona fantastycznym głosem, o zabarwieniu nieco „czarnym”. Zawsze występowała w czarnej sukni z długimi rękawami.
 
 
Niewysoka, dodawała sobie wzrostu ogromnym kokiem.
Ja mam swą szufladę, do której nie zagląda nikt” - śpiewała w jednej ze swoich piosenek - „Pisałam tę piosenkę razem z autorem. To jest moje życie. Siedzieliśmy u mnie w domu przy biurku i nagle powiedziałam: tutaj mam szufladę, zamkniętą na klucz, do której nie zagląda nikt. W tej szufladzie były listy, drobiazgi, wspomnienia, rozrzewnienia. W życiu bym nie pomyślała, że ta piosenka zdobędzie taką popularność.”
Inne, równie znane i popularne piosenki Wiery Gran to: „List”, „Gdy odejdziesz”, „Fernando”, „Trzy listy” „Ciemna dziś noc” (rosyjskie tango z polskim tekstem J. Tuwima), „Ma patrie”, „Mazowiecki walc”.

Wiera Gran (Weronika Grinberg) urodziła się 20 kwietnia 1918 r. na Białorusi. Miała dwie starsze siostry. W Wołominie artystka zamieszkała w 1919 r. razem z matką i siostrami, bo ojciec odszedł od nich przed ich przyjazdem do Polski, w kamienicy przy ul. Warszawskiej. Po latach mówiła, że na balkonie tej kamienicy z widokiem na tory kolejowe spędziła dzieciństwo.

Uczyła się w żeńskiej szkole podstawowej, gdzie nauczycielka śpiewu Wanda Głuchowska przepowiedziała jej karierę piosenkarską - Wiera, ty masz wielki talent, ty na pewno dostaniesz się do konserwatorium.
W 1933 r. przeprowadziły się do Warszawy. W następnym roku Wiera nagrała pierwszą płytę pod pseudonimem Sylwia Grin. Miała 16 lat, była najmłodszą piosenkarką świata. Później, ze względu na niski wzrost przybrała pseudonim Gran (ang. ziarenko). Występowała w kawiarniach i nocnych lokalach muzycznych, m.in. „Paradise” przy Nowym Świecie i „Cafe Vogue” przy Złotej. Przed wojną ukazało się jej około 40 nagrań płytowych, głównie sentymentalne tanga i walce angielskie m.in.: „Jedynie serce matki”, „O tobie mogę tylko marzyć”, „Tango notturno”, „Portugalia”, „List”, „Co nic”. Wystąpiła także w filmie „Bezdomni” w 1939 r. nakręconym w języku jidysz.

Rozwijającą się błyskotliwie karierę Wiery Gran brutalnie przerwała wojna. Występowała w kawiarni „Sztuka”, śpiewała wielki przebój „Jej pierwszy bal” kompozycji Szpilmana. Wtedy zamknęły się bramy getta. Tam prowadziła punkt pomocy dla dzieci głodujących, dlatego co pół roku musiała kontaktować się z gestapo w celu przedłużenia pozwolenia. Zapewne te kontakty stały się przyczyną późniejszych ataków na piosenkarkę. Wiera została wykupiona z getta przez męża aryjczyka, lekarza Kazimierza Jezierskiego i od 1941 r. aż do końca wojny ukrywała się w Babicach pod Warszawą. Rodzina Wiery – matka i siostry - zostały zamordowane w Treblince.

Po wojnie koszmar trwał dalej. Została aresztowana pod zarzutem kolaboracji z gestapo. Donos złożył Jonas Turkow, główny cenzor z getta. Z braku dowodów winy prokuratura umorzyła śledztwo. Pozytywnie postawę Wiery w czasie okupacji zweryfikowały ZASP i Polski Związek Muzyków. Gran została uniewinniona także przez Centralny Komitet Żydów Polskich. Po tym procesie rozwiodła się z mężem i w 1950 r. wyjechała do Paryża.

Występowała we Francji, Izraelu, Hiszpanii, USA, Kanadzie i Wenezueli, nagrywała płyty w języku polskim, francuskim i hiszpańskim. Jednak, z wyjątkiem Polski i Francji, koncerty Wiery były bojkotowane. Piosenkarka bardzo cierpiała z powodu oszczerstw, procesowała się wiele lat, wydając na te procesy większość swoich gaż. W 1971 r. Gran wytoczyła swoim prześladowcom proces przed Sądem Najwyższym w Tel Avivie. Sąd nakazał sprawdzić wszystkie dokumenty, po czym, z braku dowodów, ją uniewinnił. Piosenkarka żądała za poniesione straty przeprosin i odszkodowania w wysokości ćwierć miliona funtów. Została tylko przeproszona.

Później okazało się, że oskarżając Wierę, Turkow działał z zazdrości. Jego żona Diana Blumenfeld była marną śpiewaczką, dlatego próbował zdyskwalifikować zdolniejszą rywalkę.
Jako schorowany staruszek powiedział jednej z polskich dziennikarek, która pracowała w Izraelu w gazecie wydawanej w języku polskim „Nowiny Kurier” – „Tak. Robiłem w getcie dużo dobrego, ale robiłem też rzeczy złe. Wstydzę się ich i nigdy już więcej bym czegoś takiego nie zrobił, żeby sprawić komuś krzywdę”. To było jak wyrzucenie z siebie grzechów, dręczącego sumienia.
 
Tymczasem we Francji Wiera Gran robiła prawdziwą karierę. Występowała w radio i telewizji, śpiewała w najlepszych lokalach, np. „Alhambra” Maurice Chevaliera, koncertowała z Charlesem Aznavourem. W latach 50. i 60. nazwisko Gran na plakatach było pisane tak wielkimi literami, jak nazwiska Marleny Dietrich i Edith Piaf.

Wielbicielem talentu Gran był Charles de Gaulle, który wszystkim gościom polecał występy polskiej piosenkarki. Mimo wojennych doświadczeń, mimo bólu i oskarżeń, powojenny repertuar Gran był dość wesoły. Owszem, nie brakowało w nim przejmujących, dramatycznych piosenek, jak choćby „Zawołaj mnie” Gershwina, czy walc angielski „List” (tę piosenkę Wiera ceniła najbardziej), ale dominowały radosne walczyki, kujawiaki, a nawet samba, rumba, habanera i flamenco.

Razem w repertuarze Gran miała ponad sto piosenek śpiewanych w ośmiu językach, a na koncie ponad sto nagrań płytowych. Być na plakacie razem z Aznavourem, o tym marzyły chyba wszystkie artystki tamtych czasów. Gran podsumowała to krótko - „Jakiś cud się stał, że taka jedna przeżyła getto, przyjechała z Warszawy nikomu nieznana i jest na plakacie z Charlesem Aznavourem.”

- „Wszystko zawdzięczam Polsce, jeżeli chodzi o karierę i o życie” - mówiła. A mimo to w Polsce była (i jest nadal) zapomniana i zupełnie nieznana. Być może dlatego, że wyjechała z kraju w latach 50., co władza ludowa potraktowała jako ucieczkę polityczną. Nazwisko Gran zostało skazane na zapomnienie. Dopiero w 1965 r. Ministerstwo Kultury zaprosiło piosenkarkę na uroczyste otwarcie Teatru Wielkiego w Warszawie. Wówczas Gran wystąpiła w Łodzi, nagrała płytę w Polskich Nagraniach. I znowu zapadła cisza, minęły 32 lata i dopiero w 1997 r. Gran ponownie (i po raz ostatni) przyjechała do Polski, miał być kręcony o niej film biograficzny, ale nic z tego nie wyszło.

Przez ponad pięćdziesiąt lat Wiera Gran mieszkała sama, w tym samym mieszkaniu, w najdroższej dzielnicy. Długo była w dobrej kondycji, świetnie radziła sobie sama. Po Paryżu zawsze poruszała się z małym wózeczkiem na kółkach. Podobno woziła ze sobą najcenniejsze przedmioty i pamiątki. „Przemykam się jak myszka po ogrodach Paryża” - śpiewała w piosence z filmu Rene Claire`a. Ambasada polska zapraszała piosenkarkę na wszystkie uroczystości, Gran śmiała się, że jest jedyną Żydówką, honorowaną w ten sposób przez ambasadę.

W latach 80. Gran wydała książkę w języku polskim pt. „Sztafeta oszczerców”. To przede wszystkim szczegółowy opis zmagań z sądami, innymi instytucjami, a także z ludźmi. Zmagań kobiety próbującej oczyścić się z oskarżeń. Powstała wyłącznie w tym celu, bez dbałości o walory literackie. Napisana jednak z taką psją, że staje się przejmującym dokumentem, by zmagania te mogły zająć taki szmat życia i zdominować wszystko inne, co w życiu ważne. W chwili, gdy Gran kończyła książkę, miała za sobą już 35 lat walki, a czas pokazał, że przyszło jeszcze wiele kolejnych, które dokonały w jej psychice spustoszenia. Napisała, że okupacyjne przeżycia i powojenne oskarżenia znacznie pogorszyły jej kontakty z Bogiem. Nie ukrywała, że jest bezwyznaniowa, nie należy do diaspory, ale jednocześnie jest osobą wierzącą, wiecznie wnoszącą zażalenia do Pana Boga. Śpiewała - „Gdybym wiedziała, że łzy cię wzruszą, to bym płakała przez cały dzień...”

Chętnie wspominała dzieciństwo i młodość, przedwojenne znajomości w świecie artystycznym. Przyjaźniła się z Tolą Mankiewiczówną, bardzo miło wspominała Eugeniusza Bodo, Adolfa Dymszę, Michała Znicza, który miał willę w Wołominie. Nie cierpiała za to Miry Sygietyńskiej, która przed wojną wygryzła ją z głównej roli w operetce „Żołnierz Królowej Madagaskaru”. Miała też krytyczny stosunek do Hanki Ordonówny, którą uważała za świetną tancerkę, ale jako piosenkarkę za wielkie nieporozumienie.
Od chwili wyjazdu w 1933 r. Wiera Gran nigdy już nie była w Wołominie. W mieście nie ma żadnych pamiątek po piosenkarce. Nawet tabliczki na drzwiach mieszkania, w którym mieszkała. A przecież zawsze uważała, że wszystko zawdzięcza Polsce. W 1962 r. zaśpiewała piosenkę „Ma patrie” o swojej ojczyźnie, o której ciągle pamięta...

Pod koniec swojego życia zamknęła się przed światem, ludźmi. Zapadła na depresję maniakalną. Ciągle myślała, że prześladują ją „ci” - oprawcy, którzy zniszczyli jej życie.
Czuła się pogrzebana za życia.
Zmarła w Paryżu 19 listopada 2007 roku.
 
 

Tragiczny los pięknej kobiety, która nie miała żadnej rodziny. Po wojnie została całkiem sama. Samotność czyni z człowiekiem różne rzeczy. Sprawia najgłębszy ból, szczególnie jeśli nie ma się do kogo zwrócić o pomoc.

Tagi: Wiera Gran
09:59, toksiazki12
Link Dodaj komentarz »
Bo tak jest. I to niepodważalna teza, dowiedziona nawet przez samych naukowców. 

Są piosenki, które „chodzą za nami” cały dzień, usłyszane gdzieś z rana. Są piosenki, które odgrywają dla nas rolę talizmanu, są też i takie, które z czymś nam się kojarzą, albo mają dla nas osobiste znaczenie. Ale są przede wszystkim piosenki, które nas fascynują i sprawiają, że chcemy się im bliżej przyjrzeć, zatopić się w nich, przykuwają naszą uwagę, zachwycają, oczarowują i mają w sobie to coś.

Piosenka francuska jest jak płynąca rzeka. Melancholijna i niezwykle magiczna. Ale mówię tutaj o tej dawnej piosence francuskiej. O tej, która narodziła się tuż po wojnie, kiedy zaczynały wchodzić na rynek muzyczny płyty. To regionalna odmiana poezji śpiewanej i piosenki autorskiej, o niezwykłym melodyjnym zabarwieniu muzycznym, w którym wcale dużo instrumentów nie musiało brać udział.

Chyba każdy z nas kiedyś zetknął się z piosenką francuską. Usłyszał chociaż raz jakiś jej fragment. Co sobie pomyśleliście, czy zrobiła ona na Was jakiekolwiek wrażenie?
Tak było i ze mną, gdy usłyszałam w radio zmontowany duet Adrea Bocelli i Edith Piaf w przepięknej piosence autorstwa Piaf „La vie en rose”. I wtedy się zaczęło. Słuchałam ją z milion razy i rozkładałam na czynniki pierwsze. Jednak magia, jaka z niej wypływa jest nie do opisania.
Wrażenie ogromne.

Tym chętniej przedstawię sylwetkę prekursorki piosenki francuskiej, Edith Piaf.
Odegrała ona ogromnie inspirującą rolę dla nadchodzącego pokolenia młodych artystów, których dopiero można uznać za właściwych reprezentantów gatunku. Kilku z nich pomogła, ułatwiając start artystyczny.

19 grudnia 1915 roku przyszła na świat Edith Giovanna Gassion. Imię dla małej Edith wybrała matka. Nazwała ją tak na cześć zastrzelonej przez Niemców dzielnej brytyjskiej pielęgniarki. Podczas gdy ojciec Edith walczył na froncie, Aneta Maillard oddała dziecko pod opiekę swojej matki i opuściła je.

Edith stała się na pewien czas dzieckiem ulicy, zaniedbywana przez babcię. Kiedy ojciec wrócił z frontu, razem występowali na ulicach Paryża. Mała Edith była zmuszana do występów akrobatycznych, których nie znosiła. Pewnego dnia zamiast wykonać swój popisowy numer, salto mortale, zaśpiewała Marsyliankę i po raz pierwszy naprawdę poruszyła swoją publiczność. Można powiedzieć, że tu właśnie zaczęła się jej kariera.

Potem mała Edith pozostała przez pewien czas pod opieką babci ze strony ojca, która prowadziła dom publiczny w Normandii. Dziewczynka była rozpieszczana przez „personel” i czuła się tam dobrze. To w tym okresie przeszła też poważną chorobę oczu. Przez pewien czas była niewidoma, co, jak później twierdziła, bardzo ją uwrażliwiło i pomogło inaczej postrzegać muzykę. Wzrok odzyskała w wieku siedmiu lat.


Mając lat piętnaście śpiewała w koszarach wojskowych, a później w okolicach placu Pigalle. Tam przeżyła pierwszą miłość i urodziła córeczkę, która jednak zmarła w wieku dwóch lat. Edith mogła znowu poświęcić się całkowicie śpiewaniu.


Fenomenalny głos. Ostry, charakterystyczny, rażący, elektryzujący odziedziczyła po przodkach ze strony matki, którzy pochodzili z Afryki, wypasali owce. Stąd ta siła i stereofonia w jej głosie.
Jej kariera zaczęła się na dobre, kiedy zauważył ją i zaprosił do współpracy Louis Leplée. On też wymyślił pseudonim artystyczny Edith, przy którym pozostała do końca życia: La Môme Piaf (co w paryskiej gwarze oznacza wróbelka).



 

Kariera Edith Piaf stanęła pod znakiem zapytania, kiedy jej mentor został zamordowany. Spotkała jednak na swojej drodze innego wielbiciela jej talentu. Zakochany w Piaf Raymond Asso pokierował dalej jej karierą.
W styczniu 1937 roku nagrała pierwszą piosenkę „Mon légionnaire”. W 1940 roku rozpoczęła współpracę z ważnym dla jej kariery kompozytorem Michelem Emer. Powstał wtedy „L’Accordéoniste”.
Jako że wszyscy jej tekściarze walczyli na wojnie, Piaf z konieczności zaczęła sama pisać swoje piosenki, które ze względów formalnych (nie była członkiem francuskiego Stowarzyszenia, którym przysługiwały prawa autorskie) ukazywały się pod pseudonimami.
Bardzo nad sobą pracowała. Braki w wykształceniu nadrabiała chodząc na wybitne spektakle teatralne, słuchała Beethovena, Mozarta – można powiedzieć, że po prostu ich odkryła, zachwycała się nimi. Poza tym mimo ukończonych tylko kilku klas szkoły powszechnej sprawiała wrażenie osoby bardzo inteligentnej. I taka też była. Mądra, z charakterem pisma inteligentnego faceta. Listy, które pisywała do Jeana Cocteau były niezwykle poetyckie, równiutkim drobnym pismem. Dopiero później, gdy zdała specjalistyczny egzamin teksty mogła podpisywać własnym nazwiskiem. W 1945 roku powstał jeden z jej najpiękniejszych i najbardziej uznanych tekstów „La vie en rose”.
Piosenka ze swoją historią, jak się okazuje. Był czas wojny. Przyjaciele Piaf, pianiści – Żydzi, nadzwyczaj widoczni semici, ukrywali się w jej tzw. domu schadzek, do którego przychodzili różni znajomi Piaf. Właścicielka wynajęła im całe piętro z dwoma fortepianami. Tam grali, śpiewali. W tym czasie Piaf przechodziła swój zły okres – samotność. Pewnego dnia przyszła do niej jakaś mało znana piosenkareczka Michelle, która poprosiła ją, by napisała dla niej jakąś piosenkę. Napisała „La vie en rose”, którą z kolei do swojego repertuaru dołączyła dopiero w pierwszym turnee po USA.
Podbój Ameryki nie był jednak łatwy. Przyniósł jednak Edith nie tylko sukces międzynarodowy, ale i nowe przyjaźnie. To tam poznała swoją wieloletnią przyjaciółkę Marlene Dietrich i miłość życia, boksera Marcela Cerdan. Miłość ta niestety od początku napotykała wiele przeszkód (Cerdan był żonaty), a zakończyła się tragiczną śmiercią boksera w katastrofie lotniczej. Jeśli zaś chodzi o przyjaźń z Marlene - była to przyjaźń niezwykle burzliwa ze zdrową rywalizacją. Spotkania dwóch różnych charakterów - spontanicznej i ciągle poszukującej miłości Edith Piaf oraz wyniosłej i chłodnej Marleny Dietrich.
Co ciekawe Dietrich w swoich wspomnieniach wyraża się całkiem inaczej o Piaf. Zawsze powtarzała, iż Piaf nie nadawała się na prawdziwą przyjaciółkę, bo wolała kochać kolejnych swoich amantów i im poświęcać czas, niż delektować się jej przyjaźnią. Zważywszy, iż Dietrich była niezwykle inteligentną kobietą, a Piaf posiadała tylko głęboką ludową mądrość i piekielną intuicję, można stwierdzić, że Marlene była trochę w tych swoich osądach niesprawiedliwa.
Edith była zachłanna na wciąż nowe przeżycia i doświadczenia. Ciekawa historia wiąże się z piosenką "Milord". Tekst napisał Georges Moustaki. Przyjechał on do Paryża z gitarą, grał w jakiś klubikach. Będąc na którymś recitalu Piaf ktoś ich sobie przedstawił. Mieszkała wówczas przy Bulwarze Lane. Wieczorem zbierały się u niej tłumy przyjaciół i twórców. Zaprosiła go do siebie. Zaczął się między nimi romans. Pojawił się u jej boku, jako przyjaciel któremu ona chce pomóc. Siedzieli pewnego wieczoru w kawiarni i Piaf poprosiła go, by coś dla niej napisał. Ten nie mógł wpaść na pomysł, aż na serwetce zapisał słowo "milord". Edith podchwyciła to mówiąc o najsmutniejszym mieście świata - Londynie.

W 1951 roku Edith Piaf przeżyła dwa wypadki samochodowe, które zaważyły na jej dalszym życiu. Ponieważ ogromny ból nie pozwoliłby jej śpiewać, musiała ratować się coraz silniejszymi środkami przeciwbólowymi, od których z czasem się uzależniła. Wiedziała, że jeśli uwolni się od lekarstw, nie będzie w stanie już stanąć na scenie, a tego by nie zniosła. Do końca nie zrezygnowała ze swojego najważniejszego narkotyku – ze śpiewu.

W 1960 roku Edith Piaf wyśpiewała swój muzyczny testament „Je ne regrette rien”. Choć nie była autorką tych słów, w pełni się z nimi identyfikowała. Była już bardzo schorowana, choć miała zaledwie 45 lat.

Podczas ciężkiej choroby poznała swojego gorącego wielbiciela, młodego fryzjera pochodzenia greckiego, który marzył o karierze piosenkarza. Za namową Piaf Théophanis Lamboukas przyjął pseudonim Theo Sarapo. Theo był jej drugim mężem (wzięli ślub w kościele prawosławnym i w urzędzie) i ostatnią wielką miłością w życiu artystki. O swojej miłości zaśpiewali światu w pięknym duecie „A quoi ça sert l’amour”. To ostatnia już piosenka Piaf opowiadająca o miłości.
Edith Piaf odeszła 1963 roku, przyczyną śmierci był rak wątroby.

Dziesiątego października minie pięćdziesiąta pierwsza rocznica śmierci tej wielkiej artystki. Kobiety specyficznej, indywiduum, które kochały miliony. Artystka określana mianem wulkanu. Niewielkiej postury i wzrostu, wychodziła na scenę i po prostu śpiewała akcentując tekst niezwykłym balansem ręki. Mowa ciała na scenie unosiła jej całą wymowę i głębię.

Postać o dziwnej, czasami zaskakującej biografii, której splot wydarzeń nadał swój charakter.

Dzisiaj, niektóre piosenkarki próbują ją naśladować. Ale Edith Piaf była tylko jedna i niech tak zostanie.



Tagi: Edith Piaf
09:58, toksiazki12
Link Dodaj komentarz »